- Przeszedłeś na drugą stronę barykady. Ciężko jest przestać być ministrem?
- Trudniej jest zostać ministrem.
- Nie w Polsce. Dlaczego odszedłeś z rządu?
- Głupio to zabrzmi, ale naprawdę zmieniłem zdanie. W listopadzie 1999 r. podczas konferencji Światowej
Organizacji Handlu w Seattle obserwowałem z okna mojego pokoju tysiące demonstrantów. Czarni anarchiści,
robotnicy, nawet babcie demonstrowali przeciwko kapitalistycznej konspiracji. Miałem ich wtedy za niedouczonych
szaleńców. Teraz myślę inaczej. Jako delegat brytyjskiego rządu przekonany byłem, że liberalizacja handlu to jedyny
ratunek dla państw rozwijających się, że kraje te powinny otwierać swoje rynki na międzynarodową konkurencję, że
wszystko załatwi niewidzialna ręka rynku. Tylko że tę rękę ktoś dawno uciął.
- Albo świat urodził się bez tej ręki. I dlatego wypada odejść z rządu?
-Tak, bo nie można tego w pewnym momencie nie widzieć, zwłaszcza w takim kraju jak Wielka Brytania.
- Żartujesz. Nie złapali cię na łapówkarstwie albo pokątnym wydawaniu szmalu podatników?
- Teraz to ty żartujesz. Po czymś takim byłbym kompletnie spalony. Nikt nie chciałby ze mną rozmawiać, żadne
media. Nie mógłbym opowiadać, jak teraz, o prawdzie światowego ładu ekonomicznego. Przez rok, od czasu
opuszczenia rządu, tylko upewniłem się w swoich nowych przekonaniach. Świat, wierz mi, wygląda inaczej z
ministerialnego fotela w klimatyzowanym gabinecie. Konkluzja jest taka - pełna liberalizacja handlu w krajach
biednych nie jest postępem. Potrzebny jest obiektywizm, realna ocena możliwości rozwoju.
- Czyli kapitalizm is dead?
- W formie, w której aplikują go wielkie międzynarodowe korporacje -, jest absolutnie nie do przyjęcia, bo pogłębia
biedę, dając krótkotrwałe, ale ogromne zyski szefom wielkich, ponadnarodowych korporacji. Handel międzynarodowy
na równych warunkach ma dużo większy sens niż bezpośrednia pomoc, a nawet umarzanie części długów państw
rozwijających się. Problem w tym, że państwa bogate same nie znają liberalizacji, subsydiują swoje
przedsiębiorstwa i towary, eksportują je na siłę do państw biednych. Na przykład 1-procentowy wzrost udziału
Afryki w światowym eksporcie przyniósłby Afrykańczykom 43 min funtów zysku, pięć razy więcej niż cała pomoc
otrzymywana od krajów rozwiniętych.
- Tylko że wtedy te miliony straciłyby państwa bogate...
- Jasne. Dlatego prezydent Ugandy powiedział ostatnio, że zamiast pomocy bezpośredniej Afryka wolałaby dostać wolną
rękę w konkurowaniu przy sprzedaży swoich dóbr na zachodnich rynkach. Woleliby sami wyhandlować sobie wyjście z
biedy. Obserwowałem w czasie tego przemówienia twarze decydentów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku
Światowego - ironiczne uśmiechy nie oznaczają chyba aprobaty... Szacunkowe badania wskazują, że reforma
międzynarodowego handlu zrównująca szansę wszystkich krajów mogłaby wyciągnąć z biedy jakieś 300 min ludzi. Nie
zdajemy sobie z tego sprawy, ale bieda zaczyna dotykać coraz wyższe warstwy nawet w państwach rozwiniętych. Może
dojść do tego, że będziemy głodować tonąc w świeżo wyprodukowanej żywności.
- Na razie to bogate państwa rozwinięte wykańczają biedne.
- Tak, bo subsydiują ogromnymi sumami rodzimy rynek eksportowy wypychając towary lub ich tanią produkcję do krajów
rozwijających się. Te zmuszone wcześniej przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy lub Bank Światowy do
liberalizacji handlu, gwałtownego otwierania własnych rynków na konkurencję są po prostu bez szans. To, co same
mogłyby wytwarzać, importują od bogaczy uzależniając się od subsydiowanego eksportu państw rozwiniętych.
- Taka polityka sięga chyba roku 1945...
- Interwencjonizm państw rozwiniętych nie jest dobrem samym w sobie, przestał być okazjonalnym wspieraniem
upadających branż, jak to było kiedyś w zamyśle. Istnieje, bo wspiera ustalony przez te państwa ekonomiczny ład
światowy. Od razu stał się częścią ekonomii krajów bogatych i wspieranych przez nie instytucji: MFW i BŚ.
Interwencjonizm w tak wybiórczej formie służy rozwijaniu silnego biznesu.
- I okradaniu państw biednych. To znaczy, że nas oszukano sącząc brednie o wolnym rynku?
- Taka droga prowadzi do destrukcji przynosząc doraźne, ale olbrzymie zyski kilku bogatym państwom i skazując na
śmierć miliony ludzi na całym świecie. W pewnym momencie nie można tego nie widzieć. Każdy, kto milczy na ten
temat, bierze udział w tej zbrodniczej polityce w takim samym stopniu jak rządzący decydenci bogatych państw.
- A co z azjatyckimi tygrysami, przykładami triumfu liberalizacji?
- Chyba żartujesz. Tajwan i Korea Południowa zbudowały swój chwilowy boom gospodarczy na funduszach rządowych,
subsydiach i ogromnych nakładach na infrastrukturę. Są w dalszym ciągu mocno chronione przed konkurencją
zagraniczną. Obecnie łatwo zauważyć kryzys krajów, które zredukowały poziom biedy poprzez wzrost gospodarczy.
Często zresztą wzrost ów widoczny był tylko w liczbach. Chiny, Wietnam, Indie czy Mozambik - wszystkie miały w
okresie swego gospodarczego awansu niewyobrażalnie wysoki poziom interwencjonizmu, co kamuflowano pod hasłem
wspierania rodzimych sektorów. Później zostały zmuszone do gwałtownego zniesienia subsydiów. Wskaźniki - wraz z
rodzimymi branżami - sięgnęły dna.
- Ktoś jednak na tym skorzystał. To działania zbrodnicze, gorsze niż wojna, bo tej przynajmniej wszyscy są
świadomi. A co z polskim przykładem?
- No właśnie. Działania wykańczające gospodarki krajów biedniejszych polegają na uzależnianiu ich w trakcie rozwoju
nie tylko od ekonomii, ale i polityki państw bogatych. W krajach rozwijających się w ten sposób liberalizacja
handlu wprowadzona na siłę skończyła się uzależnieniem rynku wewnętrznego od masowego
i importu. Obecnie wskaźniki ekonomiczne tych i krajów są fatalne i nikt nie wie, jak, nawet; sztucznie, je
poprawić.
- To chyba niemożliwe przy zachowaniu światowego ekonomicznego status quo?
- Też tak myślę. Co ciekawe, poziom biedy w tych krajach nigdy nie spadł. Na przykład w Meksyku w ciągu 10 lat
transformacji liczba nędzarzy zwiększyła się o 14 min. To makabryczne dane. W tych krajach zyski zanotowały jedynie
wielkie korporacje. Pamiętaj, że bezwarunkowa liberalizacja handlu jest częścią umowy pożyczkowej. Ta ortodoksja
służy tylko bogatym. To łatwy zysk. Ostatecznie lokowany, oczywiście, w krajach rozwiniętych.
- Kiedyś to się musi skończyć.
- Skończy się, gdy zabraknie biednych krajów do "rozwijania". Liczba takich krajów nie jest przecież nieskończona,
to nie jest niewyczerpalne źródło. Wtedy pompa przestanie działać. Ale z tym problemem spotkają się już twoje
dzieci albo wnuki. I pewnie na to liczą dzisiejsi decydenci.
- W końcu ten system wykańczania biedoty ma dopiero pół wieku. Może uda nam się jeszcze pobawić przez następne
pół wieku?
- Może. Jest takie hinduskie przysłowie, które mówi, że dopiero jak umrze ostatnie drzewo, ryba i wyschnie
ostatnie źródło, ludzie zdadzą sobie sprawę, że nie da się jeść pieniędzy.
Rozmawiała IZA KOSMALA
Źródło: "NIE"
|